>

Picos de Europa, 1-27 sierpień 2005

Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [XXV] [XXVI] [XXVII] [epilog]

Dzień 6: Cangas (Hiszpania) - 06/08/2005

Wstali¶my szybko dzięki genialnemu panu Zbychowi. K±piel w strasznie zimnym oceanie, ¶niadanko, czyli fabada, pakowanie i wyjazd w stronę Cangas de Onis.

Z powodu jakiego¶ ¶więta nie mogli¶my jechać przez Ariondas, więc musieli¶my skorzystać z objazdu przez jakie¶ góry. Droga zajęła nam trochę czasu.

Po długich rozmowach przy obiedzie, gdzie notabene zamiast ryby zjadłem jakie¶ mięso i deser to tez nie były lody, jak to nasz rewelacyjny tłumacz pan Grzela wyja¶nił, pojechali¶my w okolice Llagu de Enol. Na parkingu wypakowali¶my cały nasz sprzęt, jedzenie i rzeczy. Oj dużo się tego nazbierało. Postanowili¶my podzielić to wszystko na 2 transporty, ale plecak i tak był cholernie ciężki, do tego stopnia, że w dwie osoby musieli¶my go podnosić i zakładać na plecy. Jedno jest pewne: jako tragarz nie zarobiłbym na życie. Resztę sprzętu schowali¶my w krzakach i tak obładowanie jak woły pomaszerowali¶my w góry. Ciężka droga przed nami, a końca nie widać. Podobno jak się robi pierwsze transporty to zajmuje to około 4 godzin. No zobaczymy.

Po 2 godzinach doszli¶my w rejon starego schroniska Vejo. Krowy chodz± wszędzie i dzwoni± swoimi dzwonkami. Nic nie widać, bo zastała nas już noc. Jeste¶my zmęczeni, więc postanawiamy przespać się tutaj i dokończyć transport następnego dnia. Noc bardzo ciepła, niebo pełne gwiazd - oby tylko krowy nas nie zjadły do rana.

Poprzedni dzień Następny dzień