Picos de Europa, 1-27 sierpień 2005

Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [XXV] [XXVI] [XXVII] [epilog]

Dzień 5: Eibar (Hiszpania) - awaria po raz drugi 05/08/2005

Wszystko szło bardzo dobrze, aż za dobrze. Francja przejechana bez jednego zgrzytu, nie liczyć tych "małych" problemów z przerzucaniem biegów, tzn. 1,2 z wielkim bólem wskakuje a 3 i 4 bez problemu, więc każde zatrzymanie się na autostradzie przy budce z opłatami, lub na światłach to wielki problem dla naszego samochodziku.

Dojechaliśmy do Hiszpanii i nagle strasznie wskaźnik temperatury wody podniósł się. Zatrzymaliśmy się na autostradzie i okazało się, że znowu urwało się coś i uszkodziło chłodnicę. Próba szybkiej naprawy przy pomocy faceta - Francisco z obsługi autostrady. Niepowodzenie. Facet był do tego stopnia uczynny, że, mimo, że nie mogliśmy się z nim porozumieć inaczej niż na migi, więc dzwonił do swojej córki na drugi koniec Hiszpanii i tłumaczył jej wszystko, a ona po angielsku rozmawiała ze mną. Dogadaliśmy się, że zamówi nam taxi i ona zawiezie nas do najbliższych warsztatów, aby gdzieś naprawić tą chłodnicę.

Pojechaliśmy do pierwszego, później do drugiego. Tam trafiła się osoba mówiąca po angielsku. Dowiedzieliśmy się, ze warsztat naprawiający chłodnice znajduje się 60 km stamtąd. Szybka decyzja - pojechaliśmy. Panowie wycenili naprawę na 100 Euro, ale tylko wytrzyma ona trochę, więc nie skorzystaliśmy z tej "rewelacyjnej oferty" i pojechaliśmy do naszego Mercedesa, aby poczekać na Poltera, który już z poxipolem jechał do nas. Koszt taxi to bagatela 80 Euro.

Po rozmowie Francisco z nami na temat naszego zainteresowania jaskiniami jak mu, a właściwie jego córce tłumaczyliśmy, że dobrowolnie i dla naszej przyjemności schodzimy pod ziemię czasami na 3-4 dni, doszedł do wniosku, że jesteśmy nieźle stuknięci i pojechał na sjestę. W międzyczasie pojawił się znajomy Francisco z dwiema butelkami sidry, czyli lekko sfermentowanego wina jabłkowego, od naszego znajomego. Chodzi o to, aby z jak najwyższego poziomu nalewać do szklanki i aby jak najbardziej ten płyn się spienił, wtedy szybki haust.

Jesteśmy 5 dzień w podróży, bo jazdą tego nie można nazwać. Znowu głodni - nic dzisiaj nie jedliśmy, ale może wreszcie uda nam się dojechać na miejsce. Okazało się, że kombinacja poxipolu, kawy i gumy do żucia działa rewelacyjnie na chłodnicę, lecz niestety pierścień spadł z pompy wodnej i nie idzie tego już naprawić. Następuje przepakowanie do Saab'a Poltera i kierunek plaża de la Veba.

Wielki korek po drodze o nasz Zbysio wymyślił "skrót, objazd" i dzięki temu czemuś, dodatkowe godziny w samochodzie. Koło 1:00 w nocy wreszcie dojechaliśmy na plażę.

Na kolacje typowa hiszpańska fabada, czyli takie coś jak fasolka po bretońsku, tylko z kiełbasą, tłustym mięsem i byczymi jajami. Całkiem niezłe i przede wszystkim ciepłe. Szybki prysznic i spanie. Wreszcie pierwszy (nie licząc hotelu) nocleg poza samochodem.

Poprzedni dzień Następny dzień