Picos de Europa, 1-27 sierpień 2005

Dzień: [prolog] [I] [II] [III] [IV] [V] [VI] [VII] [VIII] [IX] [X] [XI] [XII] [XIII] [XIV] [XV] [XVI] [XVII] [XVIII] [XIX] [XX] [XXI] [XXII] [XXIII] [XXIV] [XXV] [XXVI] [XXVII] [epilog]

Dzień 12: Rest - 12/08/2005

Zostałem obudzony na śniadanie. Jestem strasznie zmęczony, głowa mi pęka no i cały śmierdzę, więc szybciutko poszedłem do naszej "łazienki" i wziąłem prysznic. Cóż za rozkosz dla ciała i umysłu. Pogoda jest rewelacyjna, więc nawet nie musiałem korzystać z ręcznika. Wszystko, co wczoraj było mokre wyrzuciłem dookoła bazówki, niech poschnie sobie, a ja udałem się z moim notesikiem, walkmanem i książką na "górę łączności", aby zażyć kąpieli, tym razem słonecznej.

Niestety przez calutki dzień strasznie pęka mi głowa. DO tego stopnia, że nawet nie smakuje mi obiad. Po zażyciu kolejnej dawki dragów poszedłem położyć się do namiotu i wreszcie udało mi się usnąć.

Budzę się po kilku godzinach a tu w bazie cisza - nikogo nie ma. Pewnie gdzieś sobie poszli, lecz mam nadzieje, że nie był to kierunek Cangas, bo bardzo bym się tym faktem zdenerwował, a nasłuchawszy się historii wypraw wszystko jest możliwe.

Wszedłem sobie na La Xuncianę i przy dźwiękach gitary Satrianiego czytam sobie "Niepotrzebne zwycięstwa" Lionela Terray'a z zachodem słońca w tle.

PO dłuższym czasie przyszli, byli na eksploracji powierzchniowej, całe szczęście. Dzisiaj na kolacje rarytas - grzanki.

Poprzedni dzień Następny dzień