Picos de Europa '2001

PICOS 2001 - czyli krótkie story z małej nory

Ostatnie dwie wyprawy w 1999 i 2000 roku w naszą część Picos de Europa nie przyniosły żadnych tzw. sukcesów - co było tego powodem? Czy nie mieliśmy szczęścia, a może po prostu wycisnęliśmy już wszystko z naszego rejonu? Wyruszając na następną, dziesiątą wyprawę do Hiszpanii - "PICOS 2001" nie liczyliśmy na wiele. Ale czy przyczyną wcześniejszych niepowodzeń był tylko pech - trzeba to sprawdzić.

Z Wrocławia wyjechaliśmy 30 lipca autem Konia, w składzie: Marek "Stachu" Jędrzejczak - kierownik, Paweł "Koń" Michalski, Maciek Wywrocki, Olga Sawicka - niezrzeszona i ja wyżej podpisany. W drugiej połowie sierpnia dołączyła do nas Gośka Wojtaczka oraz Tomek "Wróbel" Wróbel z Pauliną Pietrzyńską (osoba towarzysząca). Po 26 godzinach byliśmy już na miejscu, jeszcze tylko tradycyjna kąpiel w oceanie, zakupy i następnego dnia wdrapujemy się z parkingu przy Vega de Enol (1080 m n.p.m.) na miejsce obozu na Los Barrastrosas (2020 m n.p.m.). Na szczęście, dzięki pozostawionym w zeszłym roku depozytom, odpadają nam transporty i po 3 dniach od wyjazdu z Wrocławia możemy przystąpić do roboty.

Pierwszego dnia zaglądamy do G-12, otworu odkrytego jeszcze w latach osiemdziesiątych przez gliwiczan. Niestety, zapewne zatrzymuje nas to samo, co odkrywców - korek śnieżny na -30 uniemożliwia jakiekolwiek działania.

Następnie przystępujemy do poszukiwań powierzchniowych we wschodniej części strefy B. Wcześniej trochę ją zaniedbaliśmy, a jest to obszar stosunkowo wysoko położony 1950 - 2100 m n.p.m., no i blisko bazy. Idziemy tyralierą w czwórkę i już pierwszego dnia znajdujemy niewielki otwór 1,5 x 0,4 m. Rzut kamieniem - "no, trochę leci".

Jaskinia na tej wysokości (2070 m n.p.m.) i w tym miejscu ma szanse nawet na 750 m głębokości. Gdyby osiągnąć w niej strefę syfonalną, byłaby to najkrótsza droga do poziomu zrównań pod kotłem Joon de los Desvios, pod którym to zbierają się wody z Sistema del Jou de la Canal Parda (A-30/A-24/A-25/A-1, -903 m), Pozu del Porru la Capilla (A-11, -863 m), Sistema Conjurtao (2-6/1-6, -655 m), Sistema del Canalon de los Desvios (F-18/F-17/F-15, -542 m).

Do B-12, bo taki numer otrzymuje znaleziona przez nas jaskinia, pierwszy zjeżdża Koń. Po 60 metrach zjazdu w ciągu studni okazuje się, że dalsze przejście zagradza odpęknięta część lustra tektonicznego. "Niestety", za przeszkodę można rzucić kamień - będzie jakieś 70 metrów pionu. Od tego momentu z grotołazów zmieniamy się w górników. Najpierw odrzucenie kilku prawie stukilowych want - to pestka, poszerzenie przełazu i już jesteśmy w ogromnie ciasnym korytarzyku nad studnią. Teraz jeszcze tylko poszerzyć szczelinę na odcinku 30 centymetrów, aby dostać się do studni. Zaczynamy kuć... i tak przez 10 dni!

Pracujemy w dwuosobowych zespołach; jedna dwójka na powierzchni kontynuuje sprawdzanie strefy B, druga bawi się w górników, następnego dnia zmiana. Po wypróbowaniu wszystkich dostępnych narzędzi okazuje się, że młotek Petzl’a jest najlepszy. Ze względu na ciasnotę, użycie wiertarki było niemożliwe.

W dość akrobatycznej pozycji można kuć. Najpierw tylko uderzenia z nadgarstka, dopiero po kilku dniach poszerzania można wziąć lepszy zamach. W miejscu, w którym kujemy, wieje dosyć mocno, więc górnicy zmieniają się na przodku nie wskutek zmęczenia, ale w efekcie wychłodzenia. Na początku górniczej szychty rzut kamienia do studni - dla zachęty. Pod koniec każdej szychty przymiarka do zacisku i stwierdzenie: "no jutro to chłopaki na pewno przejdą". Pierwszy przeszedł Maciek, po skosie w dół, z płanietką na wysokości kolan (bo na rolkę nie ma miejsca) - jakoś przelazł. W dół łatwo, ale jak on wróci?! Wreszcie! Zacisk zwany odtąd "Fullcontact" zdobyty. Nie muszę chyba opisywać jak uczciliśmy ten dzień - na bazie nie ostała się żadna pełna butelka.

Okazuje się, że studnia pod zaciskiem ma 63 metry, za nią, po zjechaniu jeszcze 17 m, początek meandra. Tak jak się spodziewaliśmy i jak mówił nasz sztygar Stachu, który o tym jaskiniowym zagłębiu wie prawie wszystko, meander prowadzi na północ, pod kocioł Los Desvios. Ale wcale nie jest łatwo, choć wydawało się, że główne trudności już za nami. Meander okazuje się mocno rozbudowany w pionie (ok. 80 m wysokości) i miejscami bardzo ciasny. Znalezienie dalszej drogi zajmuje nam 4 szychty. Maciek ze Stachem napotykają w końcu lustro tektoniczne zapadające pod katem ok. 45° w kierunku północnym, do którego dochodzący prostopadle meander, kończy się na wszystkich poziomach. To ułatwia sprawę, jest jakiś punkt odniesienia. Docierają wzdłuż lustra do rozszerzenia w meandrze, którym można zjechać przez kilka pięter meandra. To koniec ich szychty, kolej na mnie i Konia. Mamy wszystko podane na tacy. Wypadamy z meandra w stropie sali z poziomu -140. Najpierw zjazd 61 metrów. Stoimy na moście łączącym dwie dłuższe ściany ogromnej sali. Żeby zjechać z mostu na dno sali biegniemy po linę na początek meandra, ale 90-tka to za mało. Od tego momentu wypadki toczą się już szybko, jaskinia wreszcie zdradza swoje tajemnice. Chyba spotka nas nagroda za wytrwałość i cierpliwość w czasie poszerzania zacisku.

Sala z mostem ma 100 m długości, 25 m w najszerszym miejscu i przynajmniej 200 m wysokości. Ale puściło - 200 m prawie bez wysiłku i bez kucia - czy to możliwe? Na dole w północnym końcu sali, kilkumetrowy prożek, zwany przez nas grzędą, za nim blisko 40-sto metrowy zjazd po bardzo kruchej ścianie. Zjeżdżając za grzędą, gdy mnóstwo gruzu odrywa się ze ściany przy każdorazowym lekkim jej dotknięciu, nie mogę się nadziwić, jak Koniowi i Gośce udało się powbijać tutaj tych kilka spitów. Krucho - to znaczy, że zaraz wejdziemy w poziom zawalisk. O tym, że na tej głębokości możemy się spodziewać zawaliska, wiedzieliśmy wcześniej. Horyzont od ok. 1850 m n.p.m. do ok. 1500 m n.p.m. we wszystkich tutejszych jaskiniach wygląda podobnie - wapień inny niż wyżej, strasznie sucho i jakoś groźnie.

Za grzędą znowu sala, ale mniejsza i zamknięta ze wszystkich stron pionowymi mytymi ścianami; jej strop ledwo dostrzegalny w świetle halogenów. W spągu sali udaje się znaleźć wejście do zawaliska. Maciek i ja wjeżdżamy do środka. W zawalisku spędzamy całą szychtę, ale nie udaje nam się znaleźć przejścia.

Wydaje się, że obejście zawaliska możliwe jest nad drugą salą lub także poprzez wspinaczkę w górnej części zawaliska. Niestety, wyprawa dobiega końca i na pierwszy ani drugi wariant nie mamy już czasu. Otwarte problemy w B-12 zostawiamy przyszłorocznej wyprawie.

Stachu z Wróblem kończą kartować. Ostateczna głębokość to 404 m, długość 850 m. Głębokość 404 metry to nie wiele, jednak my jesteśmy zadowoleni z tego, co udało się nam wyeksplorować. Dowiedliśmy, że w naszym rejonie można jeszcze znaleźć nowe jaskinie, a mały zespół 4-6 ludzi, przy mocnym zaangażowaniu może coś zdziałać. Trzeba jednak zaznaczyć, że gdy wyruszaliśmy co tydzień po zakupy wyludnienie na bazie powodowało, że eksploracja w jaskini ustawała, tak więc 8-9 osób na wyprawie to minimum.

W czasie wyprawy tą część strefy B sprawdziliśmy bardzo dokładnie i w zasadzie stwierdziliśmy, że poszukiwania powierzchniowe w tym rejonie są zakończone. W strefie tej poza jaskinią B-12 znaleziono i spenetrowano dziewięć otworów. Głębokości osiągnięte w tych pojedynczych studniach nie przekroczyły 50m i można je uznać za obiekty, w których dalsza eksploracja jest raczej niemożliwa. Chyba żeby... nie, nie młotek Petzl’a to bardzo przydatne i uniwersalne narzędzie, ale my przez pewien czas chcemy od niego odpocząć.

Tomek Haba