Jaskinia Optymistyczna '2006

28 kwietnia 2006

Siedzę sobie na zajęciach a tu dzwoni Bielawny, że są wolne miejsca na wyjazd do Optymistycznej. Słyszę w słuchawce: Jedziesz?! Chwila wahania, przecież nie mam za dużo kasy, ale w słuchawce brzmi jakaś dziwna kwota: 200 złoty!!!

No to jeden problem się rozwiązał. Ale co z Uczelnią? Przecież mam zaległości jeszcze po ostatnich kursach a tu się szykują następne…

Zawsze sobie myślałem, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach, a tu co, rzeczywistość rzuca mi takie coś do nóg. Bohaterowie filmów rzucają wszystko i jadą w nieznane. W tym przypadku niestety wpisałem się kanon i zapadła decyzja JADĘ.

29 kwietnia 2006

Godzina 5, kiedy pobudka zagrała. Po czterech godzinach snu, czas wstawać. Szybkie śniadanie i trzeba już jechać do Wrocławia. W busie ciasno i nie ma gdzie nóg wyprostować, ale to nic.

Na dworcu we Wrocławiu spotykam się z Magdą, Bielawny i Łysym. Kiedy podjeżdża pociąg okazuje się, że nie ma gdzie wsiąść. Udaje się jakoś zająć łazienkę, gdzie dekujemy wszystkie nasze rzeczy. Podróż w takim ścisku może tylko wspomóc Żubrówka. Jednak ona szybko się kończy i dalej trzeba znosić podróż na trzeźwo, co nie jest takie łatwe.

Nareszcie Kraków, gdzie udaje się zająć przedział. Chociaż to połowa drogi do Przemyśla to wydaje mi się, że jesteśmy już blisko.

W Przemyślu z naszej kompanii wykrusza się Magda, która jechała do domu. My robimy szybko wymianę walut, kupujemy kurczaka i gnamy na granicę busem.

Na granicy istny folklor. Po przejściu bramki polskiej idziemy pod bramkę ukraińską. Tu dopiero się zaczyna przygoda. Segregacja na nacje i Ukraińcy są już w domu, a Polacy w ścisku walczą o miejsce. Argumentem jest siła i spryt. Nam się jednak za bardzo nie śpieszy, bo i tak będziemy czekać na Laskę i Agę, którzy są już w Przemyślu. Nie chcemy się później szukać we Lwowie. Po 1,5 godzinie udaje nam się przejść odprawę.

Po godzinie dołączają Aga z Laską. Okazuję się, że oni też nie wiele więcej wiedzą od nas. Na szczęście na granicy spotykamy Irę, która była z Łukaszem we Wroniej. Dzięki jej uprzejmości dowiadujemy się paru szczegółów o naszym wyjeździe. Wiemy już, że mamy się spotkać w niedziele o 18.00 we Lwowie i co najważniejsze, że są dla nas miejsca w busie. Udaje się także złapać ostatni do Lwowa.

Dworzec kolejowy we Lwowie to jest to, czego u nas chyba nigdy nie będzie. Sam budynek jest odnowiony, a poczekalnie są czyste i jest ich chyba z 6. Łukasz prowadzi nas do poczekalni na piętrze, gdzie kładziemy się spać. Polaków jest więcej i każdy koczuje na jakiś pociąg. My kładziemy się spać, bo każdy czuje trudy podróży.

O 4 rano przebudziłem się i zobaczyłem dwóch milicjantów, którzy pytali o bilety i dokąd jedziemy. Udało się jakoś ich spławić mówiąc, że czekamy na kolegów z Lwowa, którzy nas zabierają na Podole.

To był długi dzień.

30 kwietnia 2006

Niedziela. Mamy cały dzień na zwiedzanie Lwowa, więc nie marnujemy tej okazji tylko ruszamy w miasto. Pierwszy raz w tramwaju trochę mnie zaskakuje. Wsiadamy do niego bez biletu, a jak rusza podchodzi pani i sprzedaje nam bilety. Cóż za wspaniałe rozwiązanie, nie ma możliwości jazdy na gapę. Jedziemy tym wspaniały środkiem lokomocji w okolice opery. Zwiedzamy tak kilka kościołów i cerkwi oraz kilka muzeów. Miasto jest trochę zaniedbane, ale widać, że są prowadzone niezbędne remonty. Jeśli odnowią te wszystkie stare kamieniczki to będzie to nie wątpliwie najpiękniejsze miasto, jakie widziałem do tej pory. Zresztą teraz też mu niczego nie brakuje.

Po zwiedzeniu okolic Ratusza ruszamy w stronę cmentarza Łyczakowskiego oraz Orląt Lwowskich. Oba cmentarze robią na nas wrażenie, a w szczególności na pierwszym z nich pomnik powstania styczniowego z wyrytym napisem: "z prochów naszych powstaną mściciele".

Po tym pięknym rajdzie po najciekawszych miejscach Lwowa musimy wracać na dworzec, bo nieubłaganie zbliża się godzina spotkania z Cyklopami. Na dworcu Aga siedzi w kasku, aby było nas widać z daleka. Przecież nikt z nas wcześniej nie był w Optymistycznej.

Podchodzi do nas dwóch gości i pytają czy jesteśmy Polaki, my da. I tak razem z nimi przemieszczamy się pod dom Nataszy (prezydentowej Cyklopa), gdzie dowiadujemy się, że bus ma być o 21. Nie pozostaje nam nic innego jak kupić piwo i zacząć integrację. Niestety bus ma pewne opóźnienie i przyjeżdża o 23. Szybko wrzucamy plecaki do auta i mkniemy na południowy - wschód.

O godzinie 4 jesteśmy na miejscu. Część osób już tam jest i częstują nas zupą. Pozostaje tylko rozbić namiot i położyć się spać.

1 maja 2006

Święto pracy. No może i święto, ale nie dla nas. Ledwo wstaliśmy o 12 a tu już mamy rozkazy, aby iść pokopać do jaskini w partiach przyotworowych. Najpierw poszli tam koleżanki i koledzy z Białorusi. Nie tracąc czasu szybko jemy śniadanie i idziemy do sklepu. Niestety nie udaje nam się nabyć samogonu w sklepie a pani nie wie gdzie można go kupić. Wiemy, że na wiosce ktoś ma, tylko trzeba jakoś do tego kogoś dotrzeć. Nie pozostaje nam nic innego jak kupić poprostu wódkę.

Po powrocie na bazę, przebieramy się i idziemy zmienić Białorusinów. Wejście do jaskini jest murowane z ciężkimi drzwiami. Idę z Bielawny na przodek jakieś 30 metrów od wejścia i zaczynamy pogłębiać korytarz. Jaki bezsens pogłębiać to, skoro można się przeczołgać. No ale cóż, jak każą kopać to kopiemy. Zastanawiamy się jak długo będziemy pracować. Okazuje się, że z miejsca gdzie zaczęliśmy do kolacji.

Wieczorem przy ognisku zaczynamy się trochę integrować z koleżankami i kolegami z Ukrainy. Białorusini mają własny obóz. Zabawa trwa do wczesnych godzin rannych, ale czas chyba się przyzwyczaić do takiego życia.

2 maja 2006

Ranek nie jest już rankiem a południem. I znów powtarza się scenariusz z dnia poprzedniego. Idziemy do sklepu a właściwie jedziemy z Maksem i Julią. Szczerze mówiąc nie wiem, czy Maks pamiętał, że był z nami w sklepie. W drodze powrotnej Julia mówiła mu gdzie ma skręcić. Maks skwitował to krótko: Wiem gdzie jechać. Nie ujechaliśmy 100 metrów, gdy nagle skręcił w lewo, chodź droga skręcała w prawo.

Po tej ciekawej przejażdżce idziemy pomóc Białorusinom, bo jest ich tylko 6 osób a wanienki trzeba już ciągać i dźwigać z coraz dalszych części korytarza. Praca z koleżankami (świadomie pomijam kolegów) jest naprawdę miła. Dziewczyny przy pracy sobie podśpiewują i jest naprawdę miło. Myślę, że gdyby na każdej szychcie było takie miłe urozmaicenie to czas mijałby jeszcze szybciej.

Po trzech godzinach pracy następuje zmiana. Białorusini opuszczają jaskinie, przecież pracowali już 5 godzin a w zamian przychodzą Ukraińcy. Praca nabiera znów tempa. Nie to, żeby wcześniej było inaczej. Szkodnik "Bielawny" dzielnie odłamuje duże kawałki gliny, ale cóż tylko ona jedna może stanąć w tym korytarzu. Razem napełniamy wanienki, które później przemieszczają się w stronę otworu. I znów zadajemy sobie z Bielawny pytanie jak długo będziemy kopać. Może znów stąd do kolacji.

I jak wczoraj tak i dzisiaj kolacja wyznacza czas zakończenia roboty. Jemy strawę i pada propozycja wyjścia do jaskini w celu pozwiedzania. Nie wiele myśląc od razu przebieramy się ponownie w brudne już kombinezony. Przecież po to przyjechaliśmy tutaj, aby zobaczyć, choć małą część tej najdłuższej jaskini Europy.

Idziemy przez galerię Cyklopa, Wysockiego, Mleczną Drogę, Anakondę, Kilimandżaro do Radio Lux'a. Nie sposób w tym miejscu opisać to co można zobaczyć w tych miejscach. Jest to po prostu obraz zapierający dech w piersiach i nawet zdjęcia nie oddają piękna tej jaskini. Mógłbym długo opisywać to co znajduje się w danej części jaskini, ale mam nieodparte wrażenie, że nie mam tak bogatego języka, aby wyrazić zachwyt tym co zobaczyłem. Wiem jedno, jest to przepiękna jaskinia o bardzo ciekawym i nieznanym mi dotąd charakterze. Pisząc to przychodzi na myśl jedno porównanie do jaskini Niedźwiedziej, po wyjściu, z której byłem pod takim samym wrażeniem piękna stworzonego przez naturę.

3 maja 2006

Wstajemy rano z przekonaniem, że zaraz znów będziemy kopać. Niespodziewanie przychodzi Bogdan i pyta czy idziemy z nimi w Straszny Rejon (nikt nie był tam od 10 lat). Mówimy, że szybko zjemy śniadanie i możemy ruszać. Po godzinie tj. o 13 wyruszamy na wycieczkę. Do pewnego miejsca idziemy po wczorajszej trasie, ale w pewnym momencie Bogdan i Natsza wyjmują mapę i sprawdzają, gdzie jesteśmy. I tak już będzie wyglądała nasza wycieczka. Co jakiś czas mapa i sprawdzanie drogi. W ten sposób docieramy do Balatonu.

Niestety dopiero w drodze powrotnej znajdujemy miejsce gdzie trzeba było odbić w Straszny Rejon, który był naszym celem. Pomimo tego faktu nasi przewodnicy są zadowoleni, bo okazało się, że po dojściu na "koniec mapy" dalej jest jakiś korytarz. Bogdan i Natsza poszli sprawdzić, co tam jest a my grzecznie czekaliśmy na nich w polsko - ukraińskim składzie.

W trakcie tych oczekiwań poszedłem się przejść, oczywiście nie za daleko, bo w tym serze szwajcarskim łatwo się zgubić. I wcisnąłem się w korytarz, którym poszli Bogdan i Natsza. Mogę śmiało powiedzieć, byłem poza mapą.

Po powrocie naszej dwójki przewodników, okazało się, że skrzyżowania mają nadane numery co świadczy o tym, że były skartowane. Niestety nikt nie naniósł tego na mapę, więc trzeba będzie jeszcze raz to pomierzyć. Kurcze ciekawe ile ta jaskinia ma metrów?

4 maja 2006

Po dwóch wycieczkach przychodzi szara rzeczywistość, a więc czas do pracy. Tym razem już idą wszyscy: Białorusini, Ukraińcy i my. Wydobywanie urobku trwa 8 godzin, ale nie ma możliwości wyjścia wcześniej, bo Natsza jest na przodku i to ona dyktuje warunki gry.

W pewnym momencie pojawia się na przodku informacja, że wychodzimy na co Bogdan i Natsza pytają a kto tak zarządził. Jak to kto: Natsza!!! Zaczynamy się śmiać na przodku. Jak Natsza mogła wydać polecenie opuszczenia jaskini, skoro jest na przodku a informacja przyszła z zewnątrz.

Po ciężkim dniu pracy należy się wreszcie chwila wytchnienia, więc idziemy po piwo do sklepu, ale tym razem z baniakiem, bo rano nie było piwa w butelkach. W sklepie okazuje się, że piwa z kija też nie ma. Jak to nie ma??? Zaskakuje nas ta odpowiedź. Białorusini byli rano i wykupili całe. Cóż to za koledzy co całe piwo wykupią człowiekowi.

Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Pani w sklepie chyba zaczęła się do nas przekonywać i przy jej pomocy po 1,5 godzinie zaopatrzyliśmy się w 5 litrów samogonu - 60% pierwszy sort :. Przy okazji kupujemy też kozę. Jest trochę problemów z tym związanych, ale ostatecznie jako męska część towarzystwa nabywamy drogą kupna zwierza.

Po przybyciu do obozu początkowo jest jakiś opór materii ukraińskiej, do skonsumowania kozy. Idziemy, więc do Białorusinów a tam jest Bogdan i Natsza. Szybka sesja foto z kozą i polecenia Nataszy i Bogdana, aby zrobić to, co trzeba jeszcze dzisiaj. Bogdan jest orędownikiem całego zajścia, miejscowy kolega kończy żywot zwierza,p Porucznik zajmuje się oskórowaniem i wypatroszeniem. Igor jest orędownikiem, aby zupę zrobić dzisiaj, bo jutro idzie do jaskini z nami a też chce zjeść. W ten kozacki sposób jeszcze bardziej zintegrowaliśmy się z naszymi koleżankami i kolegami.

Później, były jeszcze wspólne śpiewy przy ognisku. Nie wiem o czym do końca śpiewali, ale ich ballady muszą być przepiękne. Kolega, który bez żadnych ogródek półgodziny wcześniej zakończył żywot kozy, teraz siedzi i płacze słuchając ballady.

5 maja 2006

Dzień kolejny, mamy iść na 2 godziny pokopać i pójść na ostatnia wycieczkę, bo w sobotę rano musimy wyjechać. Z 2 godzin robi się 8, ale to nic. Udaje się skończyć ten korytarz. To najważniejsze.

Straciliśmy nadzieje na wyjście, bo jest późno a Igor lubi wieczorne biesiady. Ale cóż to, jednak idziemy. Igor zabiera nas w rejon Ozierna. Nie sposób tu opisywać to, co można tam zobaczyć. Po 6 godzinach wychodzimy a w bazie gwarno i coraz więcej ludzi. Przyjechał też odkrywca jaskini. Obecnie to już starszy pan, który raczej do jaskini już nie wejdzie.

Pozostaje nam tylko pożegnanie i wymiana adresów. Szkoda wyjeżdżać, ale cóż takie jest życie. Co dobre szybko się kończy. Wiem jedno, chcę tam jeszcze wrócić, ze względu na samą jaskinię jak i ludzi, którzy tworzą niesamowity klimat życia obozowego jak i eksploracyjnego.

Jeszcze tylko droga do domu. My tu jeszcze wrócimy!

Udział w wyjeździe wzieli:

Podziękowania dla:

zobacz zdjęcia z jaskini

zobacz zdjęcia z Lwowa

zdjęcia Belskego ze Speleo Mińsk

Michał (Konar) Konarski